Stałam przed ciemnym lasem. Sama. Zamarłam. I weszłam.

Zawsze lubiłam iść sama — w ciszy mogłam słyszeć Boga.
Ale zazwyczaj byli gdzieś inni ludzie.
Widziałam czołówki, słyszałam kroki.
Czułam się bezpiecznie.

Tym razem po godzinnej rozmowie z obcym mężczyzną zrozumiałam, że wszyscy są przede mną.
Weszli już daleko w las.
Nie miałam szans ich dogonić.

A przede mną był 5-kilometrowy, czarny las.
Śnieg zaczął sypać.
Cisza była tak głęboka, że słyszałam swoje serce.

Zamarłam.

Stałam i myślałam, żeby wrócić taksówką.
Wszystko się we mnie trzęsło.

I wtedy pomodliłam się jednym zdaniem:
Boże, jeśli tam wejdziesz ze mną — to ja też wejdę.

Weszłam.

Gnałam przez las najszybciej, jak umiałam.
Światło czołówki odbijało się od śniegu, twarz bolała od zimna, ale nie zatrzymałam się.

Kiedy wyszłam z lasu, padłam na chodnik.
Nie z wyczerpania.
Z wdzięczności.

Tego wieczoru pokonałam największą granicę — swój lęk.
A wraz z nim odkryłam swoją odwagę.

Natalia