To moja trzecia EDK… pierwsza w samotności; do tej pory chodziłem z kilkoma kolegami. Trochę bałem się tej drogi. Do ostatniej chwili wahałem się, czy iść. Poszedłem.
Tym razem było inaczej. Zupełnie inaczej. Wreszcie zrozumiałem, że nie chodzi o moje emocje, moje „doznania” i wyobrażenia. Tym razem po prostu szedłem z nastawieniem, że każdy krok, każdy kilometr, każda „dziesiątka” i cały ten wysiłek jest dla Pana Jezusa. Że przecież nie idę sam, tylko z Nim.
Całą noc padał deszcz. Odcinki leśne to błoto po kostki. Czołówka, w połowie zasłonięta kapturem od przeciwdeszczowej peleryny, oświetlała niewiele. 35 kilometrów w deszczu. Sam. Z Nim. Dla Niego!
To była, jak się okazało, najłatwiejsza dla mnie EDK. Jak Bóg da, za rok też będę szedł w Jego towarzystwie!
Robert
