Podróż w głąb siebie

Wielu uczestników EDK opowiada o bólu, zmęczeniu i ciszy.
Ale to nie trasa jest najtrudniejsza. Najtrudniejsza jest podróż, która zaczyna się w środku.
Ta w głąb siebie.

Na początku idziesz z entuzjazmem.
Wydaje ci się, że to wyzwanie — sprawdzian siły, charakteru, może nawet odwagi.
Ale po kilku godzinach ciało zaczyna protestować, a myśli krążą w kółko.
„Po co tu jestem?”, „Czy to ma sens?”, „Dlaczego idę?”.
To pierwszy etap podróży – powierzchnia, pełna hałasu, chaosu i niepokoju.

Jeśli się nie poddasz, zaczynasz słyszeć coś więcej.
Najpierw własne pragnienia: żeby coś się zmieniło, żeby życie wreszcie nabrało sensu.
Potem te głębsze – pragnienie miłości, spotkania, bliskości.
W końcu wszystko milknie.
Zostaje Cisza.

Cisza to nie pustka.
To przestrzeń, w której nic już nie musisz mówić, niczego udowadniać.
To miejsce, w którym Bóg może wreszcie mówić.
Nie przez słowa, ale przez obecność.
„Bóg przychodzi przez ciszę” – mówi ks. Jacek Stryczek – „bo tylko wtedy może być usłyszany.”

EDK jest po to, żeby dać Bogu miejsce.
Żeby zrobić Mu przestrzeń w sobie.
Nie chodzi o załatwianie spraw, o prośby czy obietnice.
Chodzi o spotkanie.

Pierwsi chrześcijanie, do których duchowo wracamy, nie bali się tracić.
Nie szli po nagrody, tylko po spotkanie z Bogiem, które zmieniało ich życie.
To spotkanie dawało im moc, której świat nie rozumiał.
Tę samą moc można odnaleźć dziś – w nocy, na trasie, w ciszy, w bólu, w sobie.

Bo EDK to nie sport.
To życie duchowe w ruchu.
To odwaga zejścia w głąb – przez lęk, przez zmęczenie, aż do Ciszy, w której zaczyna się rozmowa.

Podróż w głąb siebie to droga, która nigdy się nie kończy.
Każdy krok zbliża cię do Boga, który był w tobie od zawsze.
Nie trzeba szukać Go daleko.
Trzeba tylko odważyć się zejść głębiej.

Nie warto żyć normalnie, warto żyć ekstremalnie